• Temperatura 10oC
  • Ciśnienie 1004.6 hPa
Logo: Żary Logo: Facebook Logo: Powietrze w Żarach Logo: BIP

ŻARSKIE LEGENDY

  • 06-05-2005
  • Autor: Margarete Gebhardt

Zbójnicki zamek

Niedaleko od Żar rozciąga się obszar Wysoczyzny Żarskiej. Trzy równoległe przebiegające pasma wzgórz i głębokie wąwozy poprzecinane strumykami leśnymi zdobi gęsty, wspaniały las bukowo-sosnowy.
Na położonym najbliżej miasta wzgórzu, które zwane było wzgórzem zamkowym rycerzy - rabusiów, rycerz Kuno, noszący przydomek Dziki, wybudował sobie przed wiekami - w miejscu gdzie wzgórze stromo opada do Doliny Śmierci i błękitnej przepaści - murowane zamczysko.
Bagna żabich stawków w miejscu schodzenia się dolin stanowiły z tej strony ochronę przed wszelką napaścią. Dodatkowym zabezpieczeniem był podwójny zwał z głazów narzutowych zwieńczony palisadą oraz szeroka fosa przebiegającą między murami. Dojście do przedzamcza stanowiła ukryta, wijąca się od strony Doliny Śmierci ścieżka. Znali ją tylko wtajemniczeni.
Gród Kunona był łatwiej dostępnym od strony zachodniej, gdzie porośnięty gęstymi zaroślami i krzakami teren lekko opadał ku dolinie. Wewnątrz murów warownych stały dwie okazałe budowle: zamek główny z wieżą, lochami i głęboką studnią, sięgającą aż do dna wody gruntowej oraz niski, położony głębiej w dolinie, okrągły budynek mieszkalny dla kasztelanki i jej służebnic, zwany babińcem.
Podczas gdy Kuno zasadzał się ze swą zgrają rozbójników przy drogach i traktach na żarskich, żagańskich i lubskich kupców - łupiąc ich z towarów, zakuwając sługi i panów w kajdany, by potem żądać za nich wysokiego okupu - żona Dzikiego Kunona, Urszula, wiodła pobożny żywot.
Nie potrafiła jednakże powstrzymać swego małżonka od jego nikczemnych praktyk. Bywało, że bardzo źle ją traktował, gdy ośmieliła się mu sprzeciwić. Czasami nachodziła ją myśl ucieczki z zamku. Było to jednak niemożliwe, albowiem pilnie jej strzeżono. Pozostawała tylko nadzieja, że uda się jej z biegiem czasu poskromić dziki charakter męża.
Bywały także dni i tygodnie, kiedy dziki Kuno był dla niej miły i niejedno czynił po jej woli. Zdarzało się to jednakże rzadko i w końcu zawsze jego dziki charakter brał górę nad ludzkimi odruchami.
Najgorsze sceny miały miejsce, gdy w gościnę zjeżdżali rycerze rabusie z Przewozu, Nowogrodu i Trzebiela. Pijatyka trwała wtedy zawsze do późna w noc, a nim nastał świt, wyruszano na zbójecką wyprawę.
Urszula upadłszy na kolana, załamywała wtedy ręce z rozpaczy. Gdy po takiej wyprawie rycerz powracał, trzeba było przyrządzać maści lecznicze na rany i gotować strawę dla pozostałych kompanów. Urszula próbowała wtedy uśmierzać ból także i pojmanym. Najczęściej jednak było to niemożliwe, ponieważ nieboracy wtrącani byli do głębokich lochów zamkowych, do których nie miał dostępu nikt, prócz straży.
Dawniej dziki rycerz nie był tak złym i bezbożnym człowiekiem, inaczej Urszula nie wyszłaby za niego za mąż.
Jak dziś miała w pamięci dzień, w którym Kuno się odmienił.
Późnym wieczorem zajechał wtedy do zamku pewien przybysz. Rycerz wraz z obcym zamknęli się w komnacie, ponieważ ten utrzymywał, że potrafi wytwarzać złoto. Kuno - który jak wielu innych ludzi chciał się szybko wzbogacić - wpadł w jego sidła. Nie zmiarkował nawet, że obcy nieco powłóczył jedną nogą, a włosy opadały mu głęboko na czoło. Dlatego też nie rozpoznał diabła - co więcej, zawarł z nim pakt.
Wymieszali swą krew i wypili ją. Od tej chwili czart miał nad nim władzę. Kuno zdobył potem bogactwa, grabiąc mieszczan i chłopów.
Urszula nie miała pojęcia, że jej mąż zaprzedał się diabłu. Inaczej dawno już umarłaby ze zgryzoty.
I znów Kuno po raz któryś z kolei skradł żaranom na ich oczach bydło z pastwiska, wtrącił do lochów bogatych handlarzy suknem z Lubska oraz dwóch pobożnych braci z żagańskiego klasztoru, którzy udawali się akurat z bogatymi darami dla opactwa cysterskiego do Neuzelle. Jako że zamek był niewielki, czwórka więźniów - handlarze suknem i mnisi - siedziała w stłoczonym głębokim ciasnym lochu bez światła, tylko o chlebie i wodzie, mając za towarzystwo jaszczurki i drobne węże. Użalali się nad swoim losem i rozważali możliwość ucieczki z więzienia.
Dwa razy dziennie schodził do nich dozorca więzienia pytając, czy skłonni są podpisać oświadczenie, po okazaniu którego można by od lubszczan ściągnąć okup.
Jak do tej pory kupcy się opierali. Teraz jednak postanowili zażądać, aby jeden z mnichów pojechał konno z pismem jako posłaniec, pod nadzorem pachołków Kunona do Lubska i Żagania. Dozorca więzienia przekazał hersztowi to żądanie.
Być może Kuno miał akurat dobry dzień albo też bardzo potrzebował pieniędzy, w każdym razie przystał na to.
Jeden z mnichów wyszedł z lochu po sznurowanej drabinie i pod dyktando rycerza napisał list do rajców miejskich Lubska i do żagańskiego klasztoru.
Podpisał się po łacinie, dodając w tym samym języku następujące słowa: "Zbrojcie się przeciwko Kunonowi! Jeśli będzie was spora gromada, to zdobędziecie jego zamek". Kuno, który nie potrafił ani czytać, ani pisać, kazał sprowadzić swego pisarza, aby mu odczytał sporządzone pismo. Jako, że ten także nie znał łaciny, uznał słowa pod podpisem za jakąś pobożną formułkę, co też mnich swym podstępem chciał osiągnąć. Posłańcy mieli wyruszyć nocą. Mnichowi przewiązano oczy i skrępowano ręce na krzyż, tak że mógł utrzymać cugle, ale nie mógł ich unieść. Rękawy habitu były jednak tak szerokie, że mimo wszystko udało mu się skrycie uwolnić jedną rękę z więzów i od wewnętrznej strony przesunąć ją przez rękaw tak, aby na tyle zsunąć opaskę z oczu, by dokładnie widzieć otoczenie.
Księżyc świecił jasno. Kiedy mijali zewnętrzne straże, mnich znów miał ręce w pętach. Dopiero gdy wyjechali na wolną przestrzeń, zdjęto mu opaskę i pęta, biorąc go między siebie.
Droga wiodła najpierw do Lubska.
Rajcy miejscy wręczyli pieniądze pachołkom Kunona bez wahania. Następnie udano się do Żagania, aby zażądać tego samego od klasztoru.
Trzeba było tutaj być ostrożniejszym, dlatego obrano okrężną drogę, żeby jeszcze przed wieczorem stanąć popasem w Nowogrodzie i przenocować u kompanów rycerza. Na polu, obok którego przejeżdżali, pracowały dwie kobiety. Gdy ujrzały zakonnika, podbiegły do niego, by poprosić o błogosławieństwo. Mnich poradził pachołkom, aby na to przystali, tym samym unikną niepotrzebnego rozgłosu. Ci odstąpili od niego, aby mógł spełnić swą postługę. Mnich dał jednej z kobiet swój modlitewnik, zalecając jej pilne korzystanie z niego i prosząc o przekazanie miejscowemu duchownemu pozdrowień, gdyż jest on jego przyjacielem. Kobieta pokornie ucałowała dłoń zakonnika, skrywając modlitewnik za gorset.
Pachołkowie zaczęli ponaglać.
Ruszyli zatem kłusem i dotarli w spokoju do Nowogrodu, gdzie zostali gościnne przyjęci przez kamratów Kunona.
Nazajutrz wyruszono w drogę do Żagania. Tam sprawy nie potoczyły się tak gładko.
Opat żagański wahał się. Rzekł, że nie ma tylu pieniędzy na okup, ile żąda rycerz Kuno za uwolnienie mnichów.
Pachołkowie mieli nakazane, aby przywieźć mnicha z powrotem, jeśli nie otrzymają zapłaty. A gdyby bracia zakonni chcieli siłą zatrzymać swego konfratra, wtedy dziki rycerz miał spalić klasztor.
Tymi słowy zagrozili opatowi. Ten dokładnie wiedział, że Kuno słowa dotrzyma, dlatego polecił, aby brat Benedykt - takie było imię zakonne mnicha - był gotów na powrót do więzienia. Mnich Benedykt miał otóż w klasztorze rodzonego brata, który był do niego łudząco podobny. To nasunęło mu na myśl pewien plan. Jako, że akurat rozległ się dzwon wzywający na mszę, poprosił pachołków o możliwość udania się na nią. Zgodzili się i poszli wraz z nim kościoła. Tu mnich przyklęknął obok swego brata, sprawiając wrażenie zagłębionego w modlitwie. Jednakże słowa Benedykta, wypowiadane po łacinie, objawiały jego bratu plan, według którego ten miałby powrócić zamiast niego do więzienia. Brat zgodził się. Po mszy pachołkowie pospiesznie udali się w drogę powrotną.
Mnich zdawał się być przygnębiony i nie odpowiadał na ich pytania, za to modlił się całą drogę. Pozostawili go więc w spokoju. Pod wieczór powrócili na zamek rycerzy-rabusiów.
Kobiety, z którymi brat Benedykt rozmawiał pod Nowogrodem, uczyniły tak, jak im przykazał i wieczorem udały się do swego księdza.
Przekazały mu modlitewnik. Duchowny otworzył go i ze zdziwieniem przeczytał na wewnętrznej stronie okładki: "Drogi bracie, przekaż jak najszybciej do Żar wiadomość, aby szykowały się razem z Lubskimi i Żaganiem na wyprawę przeciwko rycerzowi Kuno. Nie zwlekaj!"
Ksiądz czym prędzej udał się do Żar, a tam do ratusza.
Burmistrz zwołał rajców miejskich natychmiast po otrzymaniu wiadomości, przekazując im słowa mnicha. Wysłano tedy posłańców do Lubska i Żagania z wezwaniem do wspólnej wyprawy przeciw rabusiom. Posłańcy wrócili z wieścią, że i te miasta skłonne są złamać Kunona i zniszczyć gniazdo rycerzy-rabusiów. Zaczęto się od razu zbroić, tak by za trzy dni wszystko było gotowe do wyprawy.
Przygotowano także oddział zbrojnych dla obrony przed rozbójnikami z Nowogrodu.
Dziki Kuno musiał po otrzymaniu okupu wypuścić dwóch kupców z Lubska na wolność. Uczynił to niezbyt chętnie. Ledwie zakładnicy odjechali bezpiecznie, na zamek nadeszła wieść o przygotowaniach do jakowejś wyprawy wojennej. Cel i charakter zatajono przed jej uczestnikami. Zbrojenie się mieszczan było okryte ścisłą tajemnicą. Trzeciego dnia, od samego rana, z trzech stron zbliżały się w kierunku murów zamczyska liczne zastępy uzbrojonych wojów.
Strażnik na wieży bacznie obserwował teren. Odpowiednio wcześnie zaczęto czynić za murami przygotowania do stanowczej obrony. Usypywano wielkie stosy kamieni, przygotowywano strzały i włócznie, zapasów żywności starczało w warowni na wiele dni. Kuno szalał ze złości, że tak szybko uwolnił lubskich kupców. Obawiał się, że teraz oni posłużą jako przewodnicy przez leśne bezdroża. O tym, że zastępy zbrojnych prowadził dobrze znający drogę przewodnik, nie miał szalony rycerz-rozbójnik oczywiście pojęcia.
W Zielonym Lesie nastawał świt. W "Dolinie Śmierci" stanęły obozem hufce żarskie, w "Głębokiej Przepaści" i na najwyższym wzniesieniu Wzgórz Żarskich stanęli lubszczanie, a żagańscy klasztorni knechci, wzmocnieni hufcami mieszczan i chłopów z Żagania obsadzili żabie stawki. Jeden z ich oddziałów, wiedziony przez brata Benedykta, pomaszerował w kierunku zachodnim gniazda rycerzy-rabusiów, w miejsce najsłabszej części grodu, omijając po drodze zastępy z Lubska.
Kuno nie czekał na rozpoczęcie oblężenia, zaatakował sam. Potężny grad kamieni i strzał spadł na lubskie oddziały, zanim te zdążyły podciągnąć tarany do skruszenia murów.
Żaranie musieli przebrnąć przez rozległe bagna, by dotrzeć do warowni.
Mimo wrzucenia do mokradeł wielu wiązek chrustu i kamieni, nie mogli zbudować mocnej grobli, by od północy sprowadzić pod twierdzę swój wojenny rynsztunek. Wszystko grzęzło w głębokim bagnistym gruncie, a śmierć zbierała wśród żaran i lubszczan straszliwe żniwo.
Tylko żaganianom sprzyjał los. Od strony wschodniej mur posiadał kilka wyłomów i to właśnie od tej strony zamierzano zaatakować zamek. Słońce stało już wysoko na niebie, a jeszcze żadnemu z nacierających nie udało się wtargnąć do zamku. Kuno zagrzewał tymczasem swych ludzi do stawiania zaciętego oporu.
Niejeden z nich już padł. Wreszcie zrozumiał, że będzie musiał ugiąć się pod naporem atakujących. Postanowił więc przedrzeć się wraz z zapadnięciem ciemności w kierunku zachodnim i uciec.
Do tego czasu trzeba było stawiać opór wrogom. Wtedy to spadł na drewniany dach zamkowy pierwszy pocisk zapalający. Płomień buchnął w górę. Nadaremno próbowano opanować pożar. Płomień rozprzestrzeniał się, a przed zachodnim wejściem do zamku rozgorzała zacięta walka. Żaganianie prowadzeni przez mnicha rozprawili się z przednimi strażami, a następnie, przedarłszy się przez gęstwinę, naparli gwałtownie na obrońców bramy. Po drabinach próbowali wedrzeć się na mury, gdy tymczasem inni próbowali zdobyć bramę. Bitwa osiągnęła swój kulminacyjny punkt. Na znak mnicha ponownie ruszył ze wszystkich stron atak na zamek.
Tylko żaranie nie dotarli jeszcze tak blisko grodu, by móc rozpocząć szturm. Dostrzegł to Kuno, miał nadzieję, że właśnie ucieczka w tym kierunku przyniesie mu ratunek. Myślał przy tym o tajnym przejściu i małej furcie wypadowej, która doń prowadziła. Gdy akurat chciał wydać rozkaz, by wycofywać się tą drogą, pierwsi wdarli się przez tajemną furtę napastnicy. Rycerz zrozumiał, że wszystko stracone. Teraz mógł go tylko uratować karkołomny skok przez palisadę.
Wypowiadając straszliwe przekleństwa, spiął ostrogami konia do niebezpiecznego skoku. Żaranie widzieli to i oczekiwali nań w dole doliny, by ostrzami mieczy udaremnić mu ucieczkę.
Ale cóż to? Huk, jakby się ziemia rozstępowała, płomień wielkości budynku buchnął z bagien, a w nim zniknął rycerz Kuno. Nastała cisza. Grodzianie w osłupieniu przyglądali się skokowi swego pana. Unieśli ręce w geście obrony i bezsilnie opuścili broń. Żaran także ogarnęło przerażenie, ale szybko nabrali odwagi, albowiem trzeba było pojmać zuchwałego rozbójnika.
Szukali i szukali, ale po rumaku i jeźdźcu nie pozostał żaden ślad. Tylko przepastna dziura pozostała w miejscu, gdzie płomień buchnął z ziemi i pochłonął rycerza. Dziura ta szybko wypełniała się gęstą czerwoną mazią o przykrym zapachu.
Wspólnymi siłami przywalono otwór głazem, żeby zamknąć wejście do piekieł. Wszyscy byli zgodni co do tego, że diabeł tą drogą zabrał swego kompana do piekła.
Pozostała załoga poddała się napastnikom, a sam zamek rycerzy-rabusiów spalono doszczętnie. Kasztelanka Urszula oddała się w ręce sług klasztornych z Żagania. Na jej życzenie wstąpienia do zakonu sióstr urszulanek chętnie przystano. Następnego dnia pogrzebano poległych lubszczan. Trzysta ciał znalazło miejsce wiecznego spoczynku pod jednym ze wzgórz. Na mogile ustawiono wielki głaz ku pamięci poległych. Do dziś dnia przypomina on bohaterską śmierć mieszkańców Lubska.
Najmniej strat ponieśli żaganianie. Oni to oraz żaranie zabrali swych poległych ze sobą, by pochować ich na miejskich cmentarzach. Zwycięstwo było drogo okupione.
Od tej pory jednak żadne niebezpieczeństwo nie zagrażało już nikomu ze strony zuchwałej zgrai łotrowskiej z Zielonego Lasu.

Elementy dodatkowe powiązane z tą informacją

Narzędzia i usługi

Kontakt - stopka

Urząd Miejski w Żarach

Urząd Miejski w Żarach
pl. Rynek 1-5 ; 68-200 Żary
miasto~@~um~.~zary~.~pl
tel. 68 470 83 00 ; fax. 68 470 83 86
www.zary.pl 
 

Godziny otwarcia:

poniedziałek od 8.00 do 16.00
wtorek - piątek od 7.30 do 15.30
kasy:   poniedziałek  8.30 - 14.30
wtorek - piątek 8.00 - 14.00
 

Konta bankowe:

Konto:  PKO BP SA
              21 10205402 0000 0302 0313 9037
Konto opłaty skarbowej: 
              95 10205402 0000 0402 0374 1675
Urząd:   NIP: 928-10-02-069   REGON:  000526185
Gmina:  NIP: 928-20-77-626   REGON:  970770540
 
Przyjęcia interesantów w sprawie skarg i wniosków przez Burmistrza lub Zastępców Burmistrza poniedziałek od 9.00 do 16.00
Sekretarz Gminy i Skarbnik Gminy przyjmują interesantów w godzinach pracy Urzędu.